Wyrok za polubienie posta na Facebooku

W Szwajcarii zapadł wyrok za polubienie posta na Facebooku. Chodziło o wiadomość udostępnianą przez inne osoby, a sugerujące że powód – Erwin Kessler, który kliknął „Lubię to!” – jest rasistą, antysemitą i faszystą. Co ciekawe, same zarzuty nie były zupełnie bezpodstawne. Odnosiły się bowiem do wydarzeń sprzed 20 lat, kiedy to Pan Kessler został skazany za dyskryminację rasową.

„Thumbs-up” monthly journal of Army Service Corps, British Library

Ciekawsze jednak jest samo pytanie – czy można skazać kogoś (ew. czy można żądać zadośćuczynienia w procesie cywilnym) za twierdzenia osoby trzeciej, których my sami nie formułujemy – a nawet nie powtarzamy. Pozwany, 45-letni mężczyzna, kliknął bowiem jedynie przycisk „Lubię to!” pod kilkoma postami o analogicznej treści zniesławiającej (sąd ustalił, że samo bycie rasistą 20 lat wcześniej nie upoważnia do formułowania aktualnych ocen, które mogą mieć obraźliwy charakter).

Wyrok za polubienie posta

Szwajcarski sąd zwrócił uwagę, że – po pierwsze, klikanie postów powoduje zwiększenie ich zasięgu. Tj. im więcej ludzi kliknie w post lub w jakikolwiek sposób na niego zareaguje, powoduje że kolejnej wielokrotności użytkowników Facebooka jest on wyświetlany. Po drugie, uzasadnienie skupiło się na samej treści przycisku, czyli „Lubię to!” – co miałby oznaczać akceptację czy afirmację treści znajdujących się w treści samego posta.

Jakkolwiek pierwsze twierdzenie jest prawdziwe – i trzeba się liczyć z takim zarzutem także przed polskim sądem – tak drugie, już niekoniecznie, o czym wie każdy, kto ma konto na popularnym serwisie społecznościowym. Od niedawna Facebook wprowadził kilka nowych opcji wyrażania emocji wobec publikowanych treści, więc argument, że kliknięcie w ikonkę „Lubię to!” ma inne znaczenie, niż ikonka „Wow!” czy „Wrrr”. Nadal jednak to symbol kciuka w górę jest najbardziej popularnym i pojawia się także pod postami dotyczącymi wydarzeń tragicznych czy jednoznacznie negatywnych. Nie sposób jednak przypisać wszystkim tym osobom „lubienia” samego faktu czy opinii, który jest w poście opisywany.

Ważne jest przy tym to, że w opisywanej sprawie pozwany przyznał przed sądem, że z „lajkowanymi” opiniami się zgadzał i chciał, aby zostały one rozpowszechnione. I to w tym właśnie celu podjął określone wyżej kroki.

Odpowiedzialność za Facebooka w Polsce

W związku z tym – szczególnie przy potwierdzeniu przez pozwanego, że zdaje sobie sprawę z działania algorytmu wyświetlania nowych postów na Facebooku, a także celu jaki mu przyświecał – podobny wyrok za polubienie posta jak najbardziej może zapaść w polskim sądzie. Warto pamiętać, że każda czynność w internecie może być interpretowana przez osoby trzecie, choćby było to jedynie „kliknięcie”. Może ono bowiem całkiem realnie oddziaływać na rzeczywistość.

Warto też przypomnieć inne problemy, które mogą czekać „publicystów z Facebooka”, o których pisałem TUTAJ (strona na Facebooku jest „prasą” w rozumieniu ustawy i należy w związku z tym „tytuł prasowy” zarejestrować w sądzie) oraz TUTAJ (samo zamieszczenie linka na Facebooku może powodować odpowiedzialność za treści znajdujące się w odnośniku).

Źródło: Tages Anzeiger

Nazwa usługi lub towaru na fakturze i paragonie

Jak opisać usługę lub towar na fakturze czy paragonie? Każdy przedsiębiorca, który wykonał usługę lub sprzedał towar, musi postawić sobie pytanie – jaka powinna być nazwa usługi na fakturze? Jak zaprogramować kasę fiskalną i jak określić towary na paragonie fiskalnym? Czy musi to być opis szczegółowy? Jeśli tak, to jak bardzo?

Przy prostych usługach lub towarach odpowiedź także jest prosta – „mycie samochodu” czy „wata cukrowa”. Skarbówka akceptuje (czasem) grupowanie produktów jednego rodzaju o tej samej stawce podatku VAT, dzięki czemu nie trzeba wpisywać wszystkich kombinacji (np. wszystkich smaków waty cukrowej).

Czy opis faktury może naruszać tajemnicę przedsiębiorstwa albo tajemnicę lekarską?

Chirurgie: Opération singuliere pratique aux Indes | anoniem
Rijksmuseum

A co, jeśli usługodawca i usługobiorca nie chcą opisywać usługi dokładnie? I nie wynika to z chęci uniknięcia opodatkowania, ale dlatego, że zbyt dokładny opis mógłby ingerować zbyt mocno w prywatność i intymność klienta. Albo stwarzałby realne ryzyko naruszenia jego tajemnicy przedsiębiorstwa (np. bardzo dokładny opis udzielonej porady prawnej czy sporządzonej umowy).

Fiskus najczęściej stoi na stanowisku, że opis (nazwa) na fakturze czy paragonie muszą być dokładne i pozwalać na identyfikację konkretnej usługi czy towaru. Niestety, czasem za urzędem skarbowym staje także Naczelny Sąd Administracyjny, jak w niżej opisanej sprawie (.

O stosowną interpretację podatkową wystąpiła klinika medycyny estetycznej. Wskazała, że zgodnie z §8 z ust. 1 pkt 6 rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 14 marca 2013 r. w sprawie kas rejestrujących na paragonie powinna się znaleźć nazwa towaru lub usługi pozwalające na jednoznaczną ich identyfikację. Dotychczasowe opisy stosowane przez klinikę brzmiały:

  • Konsultacja w zakresie medycyny estetycznej;
  • Zabieg medyczny
  • Zabieg medycyny estetycznej
  • Zabieg kosmetyczny
  • Zabieg chirurgii plastycznej estetycznej, itd.

Klinika wskazywała, że dokładne określanie zakresu usług może narazić pacjenta na ujawnienie tajemnicy lekarskiej osobom nieuprawnionym, a szczegółowe informacje gromadzone są w prowadzonej przez lekarzy dokumentacji medycznej. Tym samym skrótowo określona nazwa usługi na paragonie leży w interesie klientów, nie stwarzając przy tym ryzyka dla Skarbu Państwa, że podatek nie zostanie odprowadzony.

Fiskus nie przychylił się do tej interpretacji, stwierdzając że opis powinien być jednoznaczny. Co ciekawe, wśród argumentów pojawił się taki, że podyktowane jest to troską o pacjentów, którzy mogą w ten sposób kontrolować wykonywane usługi.

Skarga do WSA na interpretację podatkową a nazwa usługi na fakturze

Sprawa ostatecznie trafiła przed NSA, który poparł powyższą argumentację w wyroku I FSK 1687/15 z dnia 18 maja 2017 roku.

Co ciekawe, Wojewódzki Sąd Administracyjny nie był tak rygorystyczny, stwierdzając:

Przepisy podatkowe, w tym ustawa o VAT [nie zawierają definicji pojęcia „nazwa usługi”]. Tym samym uznać należy, iż taki ogólny sposób określenia jednego z koniecznych warunków poprawności informacji zawartej w treści paragonu fiskalnego uznany został przez Ministra Finansów za wystarczający dla potrzeb właściwego ewidencjonowania obrotu i kwot podatku należnego, jak również zapewnienia kontroli prawidłowości rozliczenia podatku. (…)

Podstawą do wyodrębnienia kryteriów oceny prawidłowości paragonów może być cel drukowania nazwy na paragonie fiskalnym. Cel ów określa przepis art. 111 ust. 9 ustawy o VAT z którego wynika, że warunki stosowania kas rejestrujących powinny zapewniać konsumentowi prawo do otrzymania dowodu nabycia towarów lub usług z uwidocznioną kwotą podatku oraz możliwość sprawdzenia przez niego prawidłowości zaewidencjonowania transakcji i wystawiania dowodu potwierdzającego jej wykonanie. (…)

[Skoro] lekarze i tak muszą prowadzić dokumentację medyczną zawierającą szczegółowy zapis wykonanych procedur, w związku z powyższym nie ma więc potrzeby podawania tak szczegółowych danych na paragonie.

 

Post nr 100

Dokładnie 3 lata temu opublikowałem najważniejszy dla mnie tekst na blogu. W 70. rocznicę bitwy pod Monte Cassino opisywałem powojenne losy autora muzyki do „Czerwonych Maków”, Alfreda Schutza, oraz ówczesny stan prawny tej pieśni. Udało mi się ustalić, że prawa do muzyki należały wówczas do niemieckiego landu Bawarii.

Kolejne miesiące poświęciłem pracy na rzecz pozyskania tychże praw przez Bibliotekę Polskiej Piosenki. Ostatecznie – 14 września 2015 roku – prawa autorskie do „Czerwonych Maków” zostały przekazane Polsce.

Wspominam o tym w niniejszym, setnym poście na blogu, bo uznałem, że to dobry przyczynek do podsumowania dotychczasowej działalności dziennikarsko-publicystycznej. Przy okazji połączonej z przeniesieniem bloga na nową platformę oraz uczynieniem z Czerwonych Maków głównego motywu swojej autorskiej strony internetowej.

Jakkolwiek w ostatnich miesiącach mocno ograniczyłem moją aktywność blogową, to sam blog odwiedza codziennie sporo osób, głównie w poszukiwaniu wzorów dokumentów, ale też poszukując informacji na temat konkretnych spraw, które tu opisywałem. Ja także angażuję się w różne inicjatywy „prawnoautorskie”, choć nie zawsze znajduje to odzwierciedlenie w publikowanych postach. Niezmiennie zaś publikuję różne drobnostki na Facebooku.

Nie wiem, jak wygląda średnia klikalności dla blogów prawniczych, ale faktem jest, że od początku nie mogłem narzekać na brak zainteresowania szerszej publiczności. Jednym z pierwszych tekstów tu opublikowanych, był „ZAiKS: Śpiewasz „Sto lat”? Płać!„, rozpropagowany przez Dziennik Internautów. Idący za tym reportaż w głównym wydaniu Faktów TVN i niezliczona ilość przedruków w pozostałych mediach postawiły poprzeczkę od razu bardzo wysoko.

Tekst z DI trafił na główną stronę wykop.pl. Później ta sztuka – już z tekstami bezpośrednio blogowymi – udała mi się jeszcze trzy razy, co jest jakąś miarą popularności internetowej. A z pewnością daje odczuć „efekt wykopu”, czyli nagły skok odwiedzin strony internetowej – w moim przypadku – o kilkadziesiąt tysięcy odsłon za każdym razem. Całkiem nieźle, jak na częstotliwość publikacji i tematykę. Tym bardziej, że teksty te nie dotyczyły spraw zupełnie błahych, nie były najkrótsze i obfitowały w szerokie cytaty z orzeczeń sądowych.

Irish Double, czyli jak własność intelektualna pozwala na unikanie podatków

Tantiemy za przyjemność oglądania… reklam!?

Linkujesz na Facebooku? Możesz za to odpowiadać!

Sporą poczytnością cieszyły się także teksty dotyczące copyright trollingu. Komentarze pod niektórymi z nich stały się forum wymiany aktualności dotyczących poszczególnych postępowań.

Skoro jest to tekst podsumowawczy, warto też wspomnieć o dwóch inicjatywach pozablogowych, ale bezpośrednio związanych z nim tematycznie, czyli wynikającej z przywołanego wyżej copyright trollingu, acz nieudanej próbie dekryminalizacji części naruszeń prawa autorskiego (co stało się przyczynkiem do odniesień także w późniejszych interpelacjach poselskich), a także o niedawnym raporcie o organizacjach zarządzania zbiorowego, do którego lektury (wraz z didaskaliami) zachęcam.

Kończąc, życzę Państwu – mam nadzieję – owocnej i ciekawej lektury, a sobie czasu i chęci do dalszej pracy nad kolejnymi tekstami.

photo by Will Clayton on Flickr

Prince na Spotify wbrew woli artysty, ale po śmierci decyduje wytwórnia Warner

Purple Rain, Little Red Corvete, Kiss, I Wanna Be Your Lover i wiele innych niezapomnianych utworów od dzisiaj na Spotify innych serwisach streamingowych. Udostępnienie nastąpiło w dniu rozdania nagród Grammy, a część samej ceremonii została poświęcona właśnie Prince’owi.
Zgodnie z oświadczeniem Warner Bros. Records, która to wytwórnia posiadała część praw autorskich do twórczości Prince’a (co było przedmiotem wielu interesujących z punktu widzenia prawa autorskiego sporów): „Prince nagrał swoje najbardziej wpływowe i popularne utwory podczas kontraktu z Warner Bros. Jesteśmy świadomi naszej odpowiedzialności, aby chronić i pielęgnować tę niezwykłą spuściznę. Warner Bros. jest zachwycony, że może udostępnić muzykę „Księcia” milionom fanów na całym świecie.”
Przed swoją śmiercią w kwietniu zeszłego roku Prince związał się na wyłączność z serwisem Tidal. Ale ponieważ nie sporządził on testamentu, dalsze decyzje dotyczące wykrozystania praw autorskich były podejmowane przez zarządcę tychże praw, czyli Universal Music Publishing. W listopadzie zarządca pozwał obsługującą Tidal firmę rapera Jay-Z, aby uniemożliwić wyłączne wykorzystanie twórczości Prince’a.
Wytwórnia Warner Bros. Zapowiedziała także, że opublikuje remastering „Purple Rain” oraz niepublikowane utwory, w tym dwa filmy z jego koncertów.
Decyzja wytwórni muzycznych nie ma oczywiście wiele wspólnego ze stanowiskiem artysty, które prezentował za życia. Podczas swojego najgłośniejszego sporu z wytwórnią, Prince występował publicznie z napisem „niewolnik”, a wreszcie zmienił swój pseudonim na – niedający się wyrazić słowami – „symbol miłości”. Ci, którzy chcieli wypowiedzieć się na jego temat zaczęli używać sformułowania „artysta znany wcześniej jako Prince”. W 2014 roku doszło do ugody z Warner Bros., na mocy której Prince odzyskał prawa do swojej muzyki. Ostatnie słowo należy jednak do (nieśmiertelnej) korporacji.

Darmowy zwrot z Allegro InPost nie dla każdego

Od kilku miesięcy Allegro rozwija współpracę z InPost, także oferując „rewolucyjną usługę” o wdzięcznej nazwie Allegro InPost. Jak informuje samo Allegro:

Jest to opcja taniej wysyłki udostępniona przy współpracy Allegro i InPost, którą możesz zaproponować w swoich aukcjach jako jedną z form dostawy. Dzięki temu zaoferujesz swoim klientom bardzo korzystne ceny wysyłki towaru.

Rzeczywiście, połączenie systemów aukcji z paczkomatami pozwoliło, by w rozsądnej cenie móc nadać przesyłkę – bezpośrednio powiązaną z konkretną aukcją. Oznacza to duże ułatwienia dla sprzedających, którzy otrzymują narzędzie do korespondencji seryjnej (wypełnione danymi drugiej strony druki nadania, przyporządkowanie numeru paczki do numeru aukcji itd.).
Oferta ta zawiera także bardzo ważne udogodnienie dla kupujących – i to jest element „rewolucyjności” tej usługi:

Jeśli w swojej aukcji udostępnisz opcję taniej dostawy Allegro InPost, kupujący będzie mógł skorzystać z opcji darmowego zwrotu (pod warunkiem, że w danych konta Allegro masz wpisany polski adres).

Allegro InPost jest dla wszystkich…

Jak się za chwilę Państwo przekonają, nie jest to jedyny warunek. Co przy tym ważne:

Opcję taniej dostawy Allegro InPost możesz udostępnić bez względu na to, czy sprzedajesz jako przedsiębiorca czy osoba prywatna.

Dlaczego to jest kluczowe dla tej usługi? Bo zdecydowanie wpływa na decyzję zakupową klienta.

Źródło i cała grafika: http://blog.2click.pl/darmowy-zwrot-towarow-w-paypal/

Nic więc dziwnego, że Allegro zadbało, aby aukcje  na których dostępna jest taka forma przesyłki, były oznaczone dodatkową, wyróżniającą je spośród innych aukcji, ikonką z wyraźnym dopiskiem DARMOWY ZWROT. Większa sprzedaż dla sprzedawców + większe zaufanie dla kupujących = większe prowizje dla Allegro.

… ale zwrot z Allegro InPost już nie

Czy jednak informacja o zasadach, na jakich funkcjonuje opisana oferta, jest zrozumiała dla przeciętnego użytkownika Allegro? Moim zdaniem nie. A do napisania tego tekstu zainspirowało mnie autentyczne pytanie jednego z klientów (sprzedawcy) – czy muszę przyjąć zwrot z Allegro InPost, jeśli zwraca towar osoba, która korzystając z Allegro InPost kupiła coś na mojej aukcji? Co istotne, ta konkretna sprzedaż odbyła się nie w relacji przedsiębiorca – konsument, tylko w relacji osoba prywatna – osoba prywatna. Innymi słowy, dotyczy każdego, kto – od czasu do czasu – sprzedaje na Allegro swoje prywatne, używane rzeczy.
Tytułem wprowadzenia, opcje zwrotu towaru kupionego przez Internet różnią się w zależności od tego, czy sprzedaż jest prowadzona przez przedsiębiorcę (np. e-sklepy, także poprzez Allegro), czy przez osobę prywatną (tj. nie w ramach działalności gospodarczej, np. sprzedaż używanych rzeczy przez OLX, Gumtree lub… Allegro). W pierwszym przypadku przepisy pozwalają odstąpić od umowy w ciągu 14 dni od otrzymania przedmiotu (z małymi wyjątkami). W drugim takiej opcji co do zasady nie ma. Chyba że, sprzedający sam zaoferuje, że będzie takie zwroty akceptował.
Powyższe dotyczy zwrotu bez podania przyczyny, tj. innego niż wynikającego z wad produktu, niezgodności z opisem itp.

Kto czyta regulaminy?

W związku z wyraźnym opisywaniem ofert z opcją dostawy Allegro InPost, jako zawierających „opcję darmowego zwrotu”, powstaje pytanie – czy sprzedawca nie-przedsiębiorca, informuje w ten sposób potencjalnych kupujących o tym, że przyjmie zwrot zawsze, nawet bez podania przyczyny?
Poszukiwanie odpowiedzi – a jakże – rozpocząłem od regulaminu usługi. §5 ust. 2 regulaminu stwierdza: „Adresat Przesyłki dysponuje prawem zwrotu Przesyłki do Nadawcy”.
Czy to oznacza, że:
a) korzystanie z tej usługi powoduje zmianę przepisów powszechnie obowiązujących w zakresie sprzedaży w ten sposób, że nawet poza obrotem konsumenckim sprzedający ma obowiązek przyjąć zwrot towaru bez podania przyczyny?
czy może raczej:
b) kupujący ma prawo do zlecenia zwrotu przesyłki za darmo, ale w żaden sposób nie wpływa to na sytuację sprzedającego, który może odmówić przyjęcia takiego (darmowego) zwrotu?
Z kontekstu całego postanowienia oraz sformułowania powiedziałbym, że prawdziwą jest opcja „b”. Przede wszystkim dlatego, że nie jest nigdzie – jasno i wyraźnie – sformułowane coś przeciwnego, niż stanowi ustawa. Regulamin w żadnym miejscu nie reguluje praw i obowiązków sprzedającego w zakresie obowiązku przyjęcia takiego zwrotu, a jedynie warunki świadczenia usługi pocztowej. Oczywiście ustawa jest zdecydowanie ważniejsza, niż regulamin nawet najbardziej innowacyjnej firmy. I to jej należy dać pierwszeństwo. Regulamin po prostu przyznaje kupującemu prawo bezkosztowego nadania przesyłki – o ile – porozumie się on (lub wynika to bezpośrednio z przepisów prawa) ze sprzedającym co do samej możliwości zwrotu.

Kto czyta FAQ?

Dla pewności zajrzałem na strony Allegro i InPost. Może swoim klientom wyjaśniają tę kwestię wprost – bez niedomówień?
InPost przewidział w swoim FAQ stosowne pytania, ale odpowiedzi na nie wprowadzają jeszcze większy chaos. Powiem szczerze – najzwyczajniej w świecie ich nie rozumiem. Ale z pewnością nie odpowiadają wprost na zadane pytania.

Usługa Allegro InPost zawiera standardową opcję obsługi zwrotów, która jest wymogiem prawa handlowego.

Pytanie zadane wprost. Odpowiedź mogłaby brzmieć „TAK” lub „NIE”. To byłoby jednak zbyt proste. Brawa dla tego, kto rozszyfruje – o co chodziło InPostowi. Jedynym sensownym rozwiązaniem tej zagadki jak dla mnie, jest to, że InPost wcale nie chciał odpowiedzieć na to pytanie, bo wielu użytkowników Allegro zrezygnowałoby z zakupów wiedząc, że żaden zwrot z Allegro InPost im nie przysługuje.

Tu już ewidentne wprowadzanie w błąd. Oczywiście „do każdej przesyłki można wysłać zwrot”, ale pytanie brzmi „czy zwrot sprzedawca musi przyjąć”. Znowu brak odpowiedzi.

I na koniec „rewolucyjna wisienka”:

Tak. To prawda. Usługi Allegro InPost są w tym zakresie rewolucyjne 🙂

Wyjaśnienia do Allegro InPost

Co o usłudze sygnowanej swoim logo pisze Allegro? Jakkolwiek rozpiska o obowiązkach sprzedającego z uwzględnieniem różnic obrót profesjonalny / prywatny znajduje się na stronach FAQ, ale niestety nie w związku z „rewolucyjną usługą”. Tam sprzedawcy mogą przeczytać:

Jak przebiega zwrot z Allegro InPost?

Jeśli w danych konta na Allegro masz wpisany polski adres i nie upłynęło 14 dni od odebrania przesyłki, kupujący może bezpłatnie odesłać zamówiony towar. Jeżeli skorzysta z tej możliwości, dostaniesz powiadomienie w Twoim Menedżerze Paczek InPost.

Znowu odpowiedź nie wprost. Oczywiście, „kupujący może bezpłatnie odesłać zamówiony towar”, ale sprzedawca – o ile nie jest przedsiębiorcą – wcale nie musi go przyjąć.

Przedstawiłem swoje wątpliwości Allegro i InPostowi – wraz ze swoją wykładnią regulaminu usługi oraz pytaniem, czy – o ile jest ona prawdziwa – informacja na ich stronach internetowych nie powinna być bardziej klarowna, bo może wprowadzać w błąd.

Po miesiącu doczekałem się odpowiedzi tylko z InPost. Odpowiedź – przyznaję – bardzo rzetelną i rozbudowaną, która sprowadza się do stwierdzenia (cytat):

Operator świadczy wyłącznie usługi pocztowe, a tym samym treść stosunku prawnego łączącego sprzedającego z kupującym, jest niezależna od treści umowy o świadczenie usług pocztowych zawartej między nadawcą a operatorem pocztowym w tym znaczeniu, że Operator pocztowy nie ingeruje w przyczynę, treść, składane przez kupującego/sprzedawcę oświadczenia woli i wiedzy złożone na gruncie tej umowy sprzedaży (kupna-sprzedaży), a przyjmuje jedynie oświadczenia woli/wiedzy złożone przez adresata lub nadawcę w związku z wykonywaniem przez Operatora pocztowego umowy o świadczenie usług pocztowych, której przedmiotem co do zasady jest przesyłka zawierająca towar nabyty w ramach wyżej wymienionej umowy sprzedaży (kupna-sprzedaży).

Tym samym wskazany przez Pana zapis z Regulaminu świadczenia usługi „Allegro Paczkomaty InPost” odnoszący się do usługi „darmowy zwrot”, po pierwsze, nie powoduje zmiany przepisów powszechnie obowiązujących w zakresie sprzedaży w ten sposób, że nawet poza obrotem konsumenckim sprzedający ma obowiązek przyjąć zwrot towaru bez podania przyczyny, ponieważ jest to usługa świadczona w ramach umowy o świadczenie usług pocztowych, nie zaś umowy sprzedaży (kupna-sprzedaży), toteż wszelkie składane Operatorowi pocztowemu przez kupującego lub sprzedawcę oświadczenia woli i wiedzy odnoszące się do umowy sprzedaży (kupna-sprzedaży) są dla tego Operatora irrelewantne.

Na koniec

Innymi słowy, sprzedawca nie-przedsiębiorca, nawet jeśli oferuje w ramach opcji dostawy na Allegro usługę Allegro InPost nie musi przyjąć zwrotu towaru bez podania przyczyny. Jeśli zaś przyjmie, kupujący może odesłać towar za darmo – na warunkach określonych usługą. Czy powyższe wynika jasno z informacji prezentowanych przez Allegro oraz InPost na swoich stronach internetowych? Raczej nie. Warto pamiętać o tym w szale przedświątecznych zakupów.

Niestety, pomimo prośby, ani Allegro, ani InPost nie zajęły stanowiska czy informacja, którą prezentują na swoich stronach jest rzetelna. Ocenę pozostawiam klientom wyżej wymienionych.

Wkręceni – zatrzymano 40 000 komputerów – ODWOŁANIE? SKARGA? ZAŻALENIE!

Kancelaria antypiracka ścigająca „piratów”, którzy ściągali film „Wkręceni” przy pomocy torrentów, naprawdę rozwinęła skrzydła. Jak podaje gazeta.pl:

W samym tylko województwie zachodniopomorskim policja zarekwirowała 2600 komputerów. Damian Kordykiewicz, rzecznik tamtejszej prokuratury, poinformował nas jednak, że działania są jedynie elementem ogólnopolskiej akcji.

Udało nam się też skontaktować z przedstawicielem Studia Interfilm będącego dystrybutorem filmu. Uzyskaliśmy potwierdzenie: komputery są rekwirowane w całym kraju, a wnioski do prokuratory dotyczą wielu innych filmów dystrybuowanych przez Interfilm. W przypadku samego tylko filmu „Wkręceni” chodzi o 40 tys. osób.

Sprawdzanie takiej liczby komputerów zajmie kilkanaście / kilkadziesiąt miesięcy (do tej pory zajmowało kilka – nagły napływ takich spraw siłą rzeczy doprowadzi do zatorów.

Do tej pory kancelarie te ograniczały się do masowego rozsyłania propozycji ugodowych – czy to pocztą zwykłą, czy elektroniczną. Obecnie na masową skalę dochodzi w Polsce od zatrzymywania komputerów w domach potencjalnych użytkowników programów P2P. Zatrzymanie komputera następuje nagle (bez uprzedniego wezwania) i związane jest z przeszukaniem mieszkania. Wszystko odbywa się na podstawie stosownego postanowienia prokuratora (wzór takiego postanowienia)
  Wellcome Library, London
A screwdriver with a split handle; and a hand made red and sore by use of the defective handle. Colour lithograph.
Zatrzymanie komputera znajdującego się w domu – potencjalnie wykorzystywanego do wielu celów, w tym utrzymywania kontaktu z innymi, wykonywania pracy, dostępu do kont bankowych itd. – na tak długi czas, jest bardzo dotkliwe. Nierzadko komputery zawierają dane prywatne, wrażliwe, które nie powinny być przeglądane przez osoby trzecie.
W takiej sytuacji faktycznie „ugodowe” załatwienie sprawy z kancelarią antypiracką może wydawać się dobrym rozwiązaniem i wiele osób będzie poważnie rozważać zapłatę kwoty „ugody”. Zwracam jednak Państwa uwagę, że mówimy o osobach, które są właścicielami sprzętu komputerowego – ale w zasadzie nie mają żadnego statusu w postępowaniu karnym, który zapewniałby im możliwość działania i ochrony swoich praw. Zatrzymanie sprzętu następuje bowiem na podst. art. 217 kpk, a właściciel komputera to po prostu osoba, która jest w posiadaniu „rzeczy mogącej stanowić dowód w sprawie.”
Na takie zatrzymanie przysługuje zażalenie – i jest to w zasadzie jedyna droga do ochrony swoich interesów. Co ważne – trzeba je złożyć w nieprzekraczalnym terminie 7 dni od dnia zatrzymania sprzętu. Uchybienie temu terminowi oznacza, że właścicielowi komputera nie pozostaje nic innego – jak czekać na rozstrzygnięcie (nie swojej, póki co) sprawy. Nawet wiele miesięcy.
Ugoda natomiast może oznaczać, że ten, na czyj wniosek toczy się całe postępowanie – cofnie swój wniosek o ściganie. Co prawda nie wiąże to organów ścigania, ani sądu – ale wobec braku zainteresowania poszkodowanego, najpewniej do umorzenia postępowania (i zwrotu dowodów rzeczowych) dojdzie.
***
Jako radcowie prawni świadczymy usługi pomocy prawnej w pełnym zakresie. Także w postępowaniu karnym.
Wszystkim Państwu, których sprzęt komputerowy został zatrzymany oferujemy pomoc prawną w bardzo atrakcyjnej cenie 150 zł, która obejmuje:
1) pisemną, poszerzoną analizę sprawy;
2) poradę e-mailową lub telefoniczną, podczas której będą Państwo mogli rozwiać swoje wszelkie wątpliwości dotyczące sprawy oraz uzyskać informację na temat możliwych dalszych kroków i ryzyk z tym związanych;
a także
3) projekt zażalenia na postanowienie prokuratora o wydaniu sprzętu komputerowego i przeszukaniu mieszkania.
Zapraszam do kontaktu e-mailowego: boguslawwieczorek@gmail.com
Podkreślam przy tym, że na podstawie art. 3 ustawy o radcach prawnych z dnia 6 lipca 1982 roku obowiązuje mnie tajemnica informacji pozyskanych przy świadczeniu pomocy prawnej, jak i nie mogę być z tego obowiązku zwolniony.

Prince (1958 – 2016)

Wraz ze śmiercią Prince’a wielką stratę poniosła nie tylko muzyka rozrywkowa, ale także środowiska zainteresowane własnością intelektualną. Poglądy, ale przede wszystkim faktyczne działania Prince’a, stanowiły przez okres całej jego kariery barwną ilustrację w dyskusji o prawach autorskich.

Prince z jednej strony był przeciwnikiem dyktatu wytwórni płytowych, ale z drugiej – wraz z rozwojem internetu – stawał w ostrej opozycji wobec tak internetowych gigantów, jak i pojedynczy internautów.

Przedstawiam poniżej krótki przegląd najważniejszych prawnoautorskich krucjat Prince’a:

1) Na początku lat ’90 Prince skonfliktował się z wytwórnią Warner Bros. Powody były dwa – Prince chciał nagrywać i wydawać więcej płyt, niż przewidziane kontraktem (ergo psułby rynek), jak również odzyskać kontrolę nad dotychczas nagranymi utworami, prawa do których przeszły na wytwórnię. W trakcie sporu Prince występował publicznie z napisem „niewolnik”, a wreszcie zmienił swój pseudonim na – niedający się wyrazić słowami – „symbol miłości”. Ci, którzy chcieli wypowiedzieć się na jego temat zaczęli używać sformułowania „artysta znany wcześniej jako Prince”. W 2014 roku doszło do ugody, na mocy której Prince odzyskał prawa do swojej muzyki.

2) W 2004 roku rozdawał za darmo album Musicology wszystkim, którzy przyszli na jego koncert w ramach trasy promującej album. W 2007 roku tak samo rozdawał album Planet Earth na koncertach w Londynie. Wcześniej ten sam album miał premierę jako wkładka do gazet „British Sunday”. akie postępowanie spotkało się z reakcją dystrybutorów, i tak Sony BMG odmówiło dystrybucji albumu w Wielkiej Brytanii.

3) Podejmował działania (notice-and-takedown) w celu usuwania 6-sekundowych klipów z Twittera, jeśli wykorzystywały one jego utwory.

4) Zdecydowana większość jego dyskografii nie jest dostępna w serwisach streamingowych.

5) W 2014 Prince złożył pozew przeciwko 22 internautom, żądając po 1 milionie dolarów od każdego z nich, za wklejenie na Facebooku linków umożliwiających ściągnięcie wideo z jego koncertu. Pozew został cofnięty po usunięciu linków.

6) W zeszłym roku sąd w Kaliforni oddalił roszczenia Universal Music, które dotyczyły wykorzystania utworu Prince’a w 30-sekundowym, prywatnym, wykonanym w bardzo niskiej jakości nagraniu dziecka tańczącego w jego rytm. W sprawie, która swój początek miała w 2007 roku, Prince wydał m.in. oświadczenie, że jego celem jest usunięcie z internetu wszystkich treści tworzonych przez użytkowników (‚user-generated content’) z użyciem jego utworów.

Jeśli potraktować powyższe, jako formę artystycznej wypowiedzi czy happening, to z pewnością był to ważny głos w dyskusji o przyszłości praw autorskich. Głos niewygodny tak dla wielkich koncernów, jak i jego fanów. Wizja Prince’a z pewnością nie przystawała do kanonów żadnej z tych grup. Tak jak jego muzyka wykraczała poza kanony muzyki popularnej, wyznaczając jej nowe kierunki.

Czy Prince pozostawił po sobie testament, w którym określił sposób zarządzania prawami autorskimi po jego śmierci? Można się tego spodziewać. A może artysta znowu wszystkich zaskoczy i postanowił – na przekór wytwórniom – uwolnić wszystkie utwory spod praw autorskich?

Ilustracją do tego artykułu najchętniej czyniłbym „Sometimes it snows in April” z 1986, ale szanując jego wolę, załączam coś z „legalnego” źródła. „Way back home” z 2014, nagrana na podstawie nowego kontraktu z Warner Bros. I udostępniona na YouTube.

Zła twarz własności intelektualnej, czyli podwyżka ceny leku o 5000%

W Stanach Zjednoczonych toczy się aktualnie publiczna dyskusja o własności intelektualnej. A dokładniej, o jej bardzo konkretnej twarzy, która przybrała obecnie postać Martina Shkreliego i jego firmy Turing Pharmaceuticals.

Ów biznesmen nabył prawa wyłączne do leku Daraprim (handlowa nazwa pirymetaminy w USA) i służy do leczenia toksoplazmozy, towarzyszącej także innym chorobom, jak AIDS czy niektóre postaci raka. Lek nie jest chroniony żadnym patentem, ani innym prawem wyłącznym. Został wynaleziony w 1953 roku i od tego czasu jest publicznie dostępny. Co było zatem przedmiotem nabycia? Nazwa. Czysty marketing.

Problem w tym, że rynek tego lekarstwa jest tak mały, że w całych Stanach Zjednoczonych istnieje tylko jeden jego producent – jednego leku o nazwie Daraprim. To daje dużą rozpoznawalność, nawet jak powstanie konkurencja, a co za tym idzie – duże możliwości w kształtowaniu cen. Ale też nakłada dużą odpowiedzialność.

Pech chciał, że wspomniany biznesmen skupił się tylko na stronie przychodowej i… zwiększył cenę leku o ponad 5000% w ciągu jednego dnia. Cena jednej tabletki wzrosła tym samym z 13,5 dolarów do 750 dolarów.

Problem nie pojawił się nagle. Jeszcze kilka lat temu cena jednej tabletki oscylowała w granicach 1 dolara, a cena wzrastała z biegiem czasu wraz z przekazywaniem praw do produkcji kolejnym podmiotom, odkąd w 2010 roku praw do nazwy pozbył się GlaxoSmithKline. Winą Shkreliego było więc nie tyle zastosowanie mechanizmu, bo ten istniał, ale zupełnie niekontrolowany wzrost ceny.

Co szczególnie bulwersuje opinię publiczną w Stanach, to wyzywające wręcz zachowanie Shkreliego, który – występując w mediach czy przed rządową komisją, przed którą został wezwany – zbywa pytania o swoje postępowanie lekceważeniem, a reprezentantów rządu nazywając „imbecylami”. Nie kryje przy tym swojego przeświadczenia, że skoro może w ten sposób kształtować ceny, to może tak robić – nie mieszając do swojego postępowania moralności. Cytując Shkreliego: „Kupiłem firmę, która sprzedawała Astona Martina w cenie roweru. Sprzedawanie go po cenie Toyoty nie jest przestępstwem.”

Co dalej? Albo pojawi się nowy producent lub importer leku w Stanach Zjednoczonych (co, z uwagi na materię i procedury administracyjno-kontrolne, może trochę potrwać), albo lek będzie głównie sprzedawany na czarnym rynku. Tym bardziej, że ceny leków generycznych na świecie zaczynają się nawet od kilkudziesięciu centów za tabletkę w Indiach czy Brazylii, a w pobliskiej Kanadzie lek kosztuje ok. 2 dolarów za tabletkę.

Teoretycznie wolny rynek zadziała. Z jednym, małym „ale”. Każdy kto będzie chciał przewieźć lek przez granicę stanie się przestępcą.

Nie jest to historia nowa, czego dowodem obsypany nagrodami „Witaj w klubie” („Dallas Buyers Club”), opowiadający historię Rona Woodroofa, który wobec braku legalnego źródła na lek wspomagający kurację AIDS, przemyca leki na szeroką skalę i udostępnia je innym chorym, przez co szybko staje się obiektem zainteresowania organów ścigania. Rzecz dzieje się w 1985 roku.

Teoretycznie, gdyby podobna sytuacja wydarzyła się w Polsce – a lek był przedmiotem patentu – Urząd Patentowy miałby możliwość udzielenia licencji przymusowej, zgodnie z art. 82 ustawy o prawie własności przemysłowej:

Art. 82
1. Urząd Patentowy może udzielić zezwolenia na korzystanie z opatentowanego wynalazku innej osoby (licencja przymusowa), gdy:
1) jest to konieczne do zapobieżenia lub usunięcia stanu zagrożenia bezpieczeństwa Państwa, w szczególności w dziedzinie obronności, porządku publicznego, ochrony życia i zdrowia ludzkiego oraz ochrony środowiska naturalnego;
2) zostanie stwierdzone, że patent jest nadużywany w rozumieniu art. 68,
(…)

Takie działanie, jak Martina Shkreliego i Turing Pharmaceuticals mogłby zatem wyczerpywać obie wyżej wymienione przesłanki. Licencja taka jest niewyłączna, a Urząd ustala stosowne opłaty licencyjne. Przy takiej presji społecznej, jaka towarzyszy debacie w USA, można się spodziewać, że ze swoich uprawnień Urząd by skorzystał.

Temat jest bezpośrednio związany z zagadnieniem „leków osieroconych” czy „leków sierocych”, o których również pisałem na blogu.

IP CHALLENGE 2015 – Rozwiązanie kazusu konkursowego (II etap)

Poniżej przedstawiam rozwiązanie kazusu autorstwa Pana dr. Łukasza Żelechowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. Kazus dostępny jest tutaj.
Uwagi ogólne:
Zasadniczy materialnoprawny problem w kazusie dotyczył kolizji różnych oznaczeń odróżniających podlegających ochronie na podstawie różnych reżimów. Optymalne rozwiązanie kazusu zakładało rozważenie w treści opinii:
– na ile owe odmienne oznaczenia odróżniające, spełniające inne funkcje (znak towarowy KP – oznaczenie pochodzenia towaru, firma FM – oznaczenie przedsiębiorcy, szyld sklepu i nazwa domeny FM – oznaczenie przedsiębiorstwa lub niezarejestrowany znak usługowy) rzeczywiście pozostawać mogą ze sobą w kolizji. W szczególności przydatny dla drużyn mógł być wyrok TS w sprawie Céline C-17/06. W ocenie autora kazusu kolizja taka jest możliwa przynajmniej między znakiem towarowym KP z jednej strony oraz szyldem sklepów FM i domeną internetową FM (jako oznaczeniem przedsiębiorstwa lub niezarejestrowanym znakiem usługowym). Mniej jednoznaczna jest kolizja znaku KP i firmy FM, ale jej istnienie także może być uargumentowane.
– jeżeli kolizja taka istnieje, to jakie są możliwości jej rozstrzygnięcia w świetle poglądów orzecznictwa i doktryny.
W opiniach przedstawionych przez drużyny na ogół zidentyfikowano pierwszy aspekt oraz przedstawiano argumentację uzasadniającą żądania KP oraz FM.
Większe trudności pojawiały się odnośnie do drugiego problemu. W niektórych pracach nie dostrzeżono, iż jeżeli między oznaczeniami odróżniającymi, o które chodziło w kazusie, rzeczywiście zachodzi kolizja, to równoległa realizacja uprawnień każdej ze stron nie jest możliwa (lub przynajmniej w części nie jest możliwa), bo któryś z przeciwstawionych reżimów musi mieć pierwszeństwo. Dostrzeżenie tego aspektu było bardzo ważne.
Kryteria oceny:
I. Identyfikacja problemów prawnych
W tym zakresie w rozwiązaniu kazusu powinno znaleźć się:
1. Wskazanie podstaw prawnych ewentualnych żądań każdej ze stron.
– W przypadku KP podstawy te odnaleźć można w ustawie – Prawo własności przemysłowej (PWP), zaś stan naruszenia, który wchodziłby w grę w świetle stanu faktycznego sprawy, objęty jest art. 296 ust. 2 pkt 2) PWP.
– W przypadku FM podstawy te znajdują się w:
a) kodeksie cywilnym w zakresie ochrony prawa do firmy (art. 43[10] KC)
b) jeżeli chodzi o ochronę wynikającą z używania oznaczenia jako szyldu sklepów właściwą podstawą jest ochrona oznaczenia przedsiębiorstwa na podstawie art. 5 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (UZNK) lub niezarejestrowanego znaku usługowego na podstawie art. 10 UZNK.
c) Jeżeli chodzi o domenę internetową, sam fakt jej rejestracji, jak też fakt jej używania nie stanowi źródła żadnego prawa podmiotowego do domeny (istnieją jedynie obligacyjne relacje z NASK). Natomiast fakt używania nazwy domeny dla prowadzenia działalności gospodarczej może być zaliczony na poczet ochrony oznaczenia przedsiębiorstwa w świetle art. 5 UZNK, a nawet także niezarejestrowanego znaku usługowego na podstawie art. 10 UZNK.
d) w zakresie kwestionowania prawidłowości udzielenia prawa ochronnego na rzecz KP, FM może wskazać podstawę z art. 131 ust. 1 pkt 1 PWP (w pracy możliwe było odwołanie się także do art. 131 ust. 5 PWP, który w sprawie raczej nie powinien znaleźć zastosowania).
Podstawa zgłoszenia w złej wierze znajdowała dość słabe uzasadnienie w stanie faktycznym, zwłaszcza, że w dacie zgłoszenia znaku KP nie miała wiedzy o działalności FM.
Stan faktyczny nie zawierał także wskazówek, że oznaczenie stosowane przez FM mogłoby mieć status znaku powszechnie znanego i stanowić w związku z tym przeszkodę udzielenia prawa ochronnego na rzecz KP, jak i podstawę roszczeń z art. 301 PWP wobec KP. Rozważania tym zakresie miały więc charakter bardzo hipotetyczny.
W ocenie autora kazusu problem braku zdolności odróżniającej znaku KP nie był istotnym wątkiem w sprawie. Znak ten raczej należy uznać za posiadający minimalną zdolność odróżniającą względem towarów „pokarm dla kotów” nawet w postaci czysto słownej. Oczywiście rozważania na ten temat można było w kazusie podejmować.
2. Problem kolizji uprawnień
Punktacja w tej kategorii obejmowała także identyfikację zasadniczego problemu prawnego w zadaniu, jakim jest kolizja – z jednej strony – prawa ochronnego na znak towarowy przysługującego KP oraz – z drugiej strony – prawa do firmy FM oraz ochrony oznaczenia przedsiębiorstwa FM. Istotne było także dostrzeżenie, że kolizja ta wymaga w zadaniu rozstrzygnięcia zarówno w odniesieniu do postępowania cywilnego, jak i administracyjnego (podważanie prawidłowości udzielenia prawa ochronnego w sprzeciwie lub wniosku o unieważnienie).
3. Procedury
Wskazanie procedur,  w których żądania mogłyby być zrealizowane:
• w zakresie naruszenia prawa ochronnego KP oraz ochrony FM przed naruszeniem prawa do firmy i czynami nieuczciwej konkurencji – postępowanie cywilne
• w zakresie podważania prawidłowości udzielenia prawa ochronnego KP – sprzeciw po publikacji w WUP; wskazanie możliwości złożenia wniosku o unieważnienie pod warunkiem posiadania interesu prawnego.
• w zakresie podważania rejestracji domeny – zasadniczo sądownictwo polubowne zgodnie z zasadami przewidzianymi w regulaminie NASK (sąd przy PIIT lub KIG)
II. Argumentacja 
Wiele elementów nie poddawało się jednoznacznej ocenie (zwłaszcza problem, któremu reżimowi ochronnemu należy przyznać pierwszeństwo w sytuacji kolizji). Dla Drużyn istniała duża możliwość wykazania umiejętności argumentacyjnych.
W tej części opinii należało przedstawić argumentację
1. Za lub przeciw przyznaniu ochrony każdej ze stron na podstawie wskazanych norm prawnych. W tym zakresie ocenie podlegała argumentacja dotycząca:
a) oceny podobieństwa oznaczeń (argumenty przemawiające za podobieństwem lub przeciwko niemu, szczególnie uwzględnienie ewentualnego zneutralizowania podobieństw w sferze wizualnej i fonetycznej przez odmienności w sferze znaczeniowej);
b) rozważenia, czy i dlaczego oznaczenia służące bezpośrednio identyfikacji innych desygnatów (towarów/usług, przedsiębiorstwa, przedsiębiorcy) mogą pozostawać ze sobą w kolizji.
2. Można było odnieść się do kwestii zastosowania ewentualnych ograniczeń prawa ochronnego przysługującego KP z art. 158 i 160 PWP. W ocenie autora kazusu obydwa te przepisy raczej nie powinny znaleźć zastosowania, ponieważ działalności FM trudno uznać za lokalną i to zarówno w odniesieniu do sklepy internetowego, jak i 5 sklepów na terenie województwa wielkopolskiego. Nie powinien w sprawie znaleźć zastosowania także art. 156 ust. 1 pkt 1) PWP.
3. Należało odnieść się istotnej w sprawie kwestii kolizji reżimów ochrony poszczególnych oznaczeń odróżniających występujących w sprawie. Chodziło o rozważenie tej kolizji zarówno w postępowaniu administracyjnym (przeszkoda dla udzielenia prawa ochronnego na znak towarowy KP), jak i w postępowaniu sądowym (linia orzecznicza o prawie ochronnym jako prawie formalnym oraz druga linia – dziś rzadziej prezentowana – zgodnie z którą wykonywanie pozostającego w mocy prawa ochronnego na znak towarowy nie może stanowić czynu bezprawnego). Optymalnie należało wskazać na niepewność sytuacji w tym zakresie ze względu na odmienne stanowiska prezentowane w orzecznictwie. W tym zakresie należało także uwzględnić zasady pierwszeństwo poszczególnych oznaczeń (pierwszeństwo ze zgłoszenia przy znaku towarowym, pierwszeństwo używania przy firmie, oznaczeniu przedsiębiorstwa, niezarejestrowanym znaku usługowym).
4. W kwestiach proceduralnych szerszych uwag wymagało odniesienie się do możliwości kwestionowania prawidłowości udzielenia prawa ochronnego na znak KP. Wskazać należało na możliwość złożenia sprzeciwu po publikacji w WUP, ale także na możliwość złożenia wniosku o unieważnienie (w praktyce czyni się to nawet przed publikacją w WUP) pod warunkiem posiadania przez FM interesu prawnego. Wykazanie takiego interesu po stronie FM nie powinno jednak nastręczać trudności ze względu na list ostrzegawczy wysłany przez KP, a także ze względu na wcześniejsze oznaczenia odróżniające FM, z których istnienia potencjalnie mógłby FM wywodzić przeszkodę udzielenia prawa ochronnego
III. Kompozycja i styl
Oceniana była poprawność strony formalnej pracy: struktura, język, klarowność i przejrzystość wywodu, redakcja odesłań do literatury i orzecznictwa.

autor: dr Łukasz Żelechowski (Uniwersytet Warszawski)

Dochodzenie roszczeń z tytułu naruszenia praw autorskich w Internecie

28 kwietnia 2015 roku wygłosiłem na Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej „Prawo własności intelektualnej w biznesie: wymiar praktyczny | IP w biznesie”, który odbyła się w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika wykład pt. „Dochodzenie roszczeń z tytułu naruszenia praw autorskich w Internecie w świetle najnowszego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE (Pez Hejduk, C-441/13).”
Poniżej przedstawiam abstrakt oraz prezentację z wystąpienia:
Trybunał Sprawiedliwości UE dnia 22 stycznia 2015 roku wydał orzeczenie w sprawie Pez Hejduk (C-441/13) dotyczące dochodzenia roszczeń za naruszenia praw autorskich w Internecie. Rozstrzygnął w nim, że powództwo takie można wytoczyć w dowolnym państwie Unii, w którym wyświetla się strona internetowa zawierająca naruszenia. Co więcej, podkreślił że sądy krajowe właściwe są jedynie w zakresie zasądzenia odszkodowania za szkodę, która zaistniała na terenie danego państwa. Oznacza to, że aby uzyskać pełne odszkodowanie z tytułu naruszenia praw autorskich, pozwy powinny być złożone odpowiednio we wszystkich krajach członkowskich. Trybunał podkreślił przy tym, że nie ma znaczenia domena krajowa, pod którą dochodzi do naruszenia, oraz to, do jakiego państwa skierowane są treści zawierające naruszenie.
TSUE kontynuuje linię orzeczniczą wyrażoną wcześniej w sprawie Pinckney C-170/12, której cechy charakterystyczne były jednak odmienne, a naruszenie prawa autorskiego „materializowało się” w postaci pirackich płyt CD, a nie wyświetlenia stosownych treści na ekranie komputera.
Powyższe wprowadza dużą niepewność dla wszystkich osób publikujących w Internecie, oznacza to bowiem, że mogą zostać oni pozwani w dowolnym (i każdym z osobna) państwie członkowskim, a sądy krajowe będą rozstrzygały spory na gruncie poszczególnych praw krajowych. Otwiera to także drogę do transgranicznych działań z pogranicza„copyright trolling”, ponieważ nawet przy żądaniu niewielkich kwot należnego odszkodowania, rachunek ekonomiczno-prawny naruszającego (choćby potencjalnie) prawa autorskie będzie musiał uwzględniać nieznajomość prawa obcego oraz koszty sądowe związane z obroną przed sądem obcym.
Z drugiej strony, otwarcie drogi do dochodzenia roszczeń z tytułu naruszeń praw autorskich w Internecie przed dowolnym sądem krajowym, w sposób wydatny ułatwi dochodzenie należnych odszkodowań przez podmioty z szeroko pojętej branży kreatywnej, które – zważywszy na wymienione wyżej koszty – często odstępowały od dochodzenia należnych sobie praw poza granicami kraju siedziby.